| Tak naprawdę wszyscy bywamy buntownikami. Z tą różnicą, że jednym zdarza się to raz czy dwa razy w życiu, a innym nieustannie… Rodzimy się, jesteśmy dziećmi i mamy swoje nieskrępowane marzenia. Te małe, jak klocki Lego, i te wielkie – podróż na inną planetę, albo przemieszczanie się w czasie. Kiedy w myśl zasady „byt kształtuje świadomość” nasze otoczenie (rodzice, koledzy) zaczyna nas „sprowadzać na ziemię”, a my, nie chcąc utracić przynależności do tej grupy, przestajemy się „wychylać”, to od tego momentu zaczynamy zgadzać się z tym co przyniesie los, a przestajemy go kształtować sami. Nie urodziłem się w czasach wolnego rynku, wolnych myśli, ani w rodzinie przedsiębiorców, bo gdyby tak było, od razu miałbym swego rodzaju trampolinę do osiągania wielkich życiowych celów. Jak pokazują bezwzględne statystyki, ponad 90% z nas nie urodziło się w takich rodzinach, z wysokim statusem finansowym, a więc nasz pakiet startowy w życie jest przeciętny.
Co trzeba zatem zrobić, by nie być przeciętniakiem przez całe życie? Może właśnie bycie w pozytywnym znaczeniu „buntownikiem” jest receptą na sukces? Czytałem wiele książek o ludziach sukcesu i czasami fragmenty ich życiorysów podobne były do mojego. Pewnie przez to łatwiej mi było odnieść osobisty sukces. Może moja skrócona historia i artykuły zawarte w Almanachu pomogą i Tobie zmienić coś pozytywnie w Twoim życiu?
Pierwszy bunt
Lata 70 ubiegłego stulecia. Żyliśmy w socjalizmie, bo nie mieliśmy innego wyjścia. Nawet często sądziliśmy, że tak jest dobrze. Mieszkaliśmy w klatce, matrixie, choć nie wiedzieliśmy, że tak jest, bo paszport dla większości był utopią. Wszyscy mieli prawie równo, czyli zarobki 15$ na miesiąc, a jeśli ktoś zarabiał dwa razy więcej i jeździł nowym fiatem 125p, to nie wyzwalało to ekstremalnych emocji. Mój ojciec był dyrektorem liceum, moja mama urzędnikiem państwowym, więc: dobre wychowanie, matura i skierowanie na dowolne studia bez zdawania egzaminów dla najlepszego absolwenta. Uważałem jednak, że mój kolega z klasy był ode mnie lepszy i zrezygnowałem ze skierowania, wywołując tym buntem rodzinną konsternację. Obdarowany do dziś o tym nie wie. Jest lekarzem, pewnie i tak by nim został. Już wtedy miałem w sobie duże pokłady empatii i szczególną wrażliwość etyczną.
Drugi bunt
Nie dostałem się do Wyższej Szkoły Pożarnictwa, ukończyłem więc ze świetnymi zresztą wynikami dwuletnie studium geodezji, a po kilku miesiącach pracy w zawodzie geodety musiałem „odrobić wojsko” – padło więc na straż pożarną. Armia mnie nie pociągała, chociaż samo strzelanie to jedna z dyscyplin sportu, którą uprawiałem z sukcesami. W czasie służby w straży rozpocząłem zaoczne studia na wydziale geodezji AR w Krakowie. Kiedy jechałem pociągiem z Rzeszowa na egzaminy I sesji, wysiadłem w Dębicy i wróciłem do domu komunikując, że „nie będę studiował, bo tytuł mgr inż. po czterech latach nauki mnie nie motywuje i nie jest dla mnie wyznacznikiem sukcesu życiowego. Moja samoocena nie ucierpi przez to, że nie będę miał studiów.”
Trzeci bunt
Wyróżniałem się w pracy w straży, ukończyłem Szkołę Chorążych Pożarnictwa i dostałem super fuchę: oficer dyżurny Komendy Wojewódzkiej Straży Pożarnych. Dobre, socjalistyczne zarobki, dużo wolnego czasu, bo 9 służb po 24 godziny w miesiącu, a w pracy można wszystko załatwić. No i perspektywa emerytury po 15 latach – to by było życie! Zaczynało mi być wygodnie. Po dwóch latach pracy w straży wziąłem ślub. Mieliśmy gdzie mieszkać, bo do dyspozycji był dom rodziców i teściów. Normalna rodzina, normalne życie – jak wszyscy. I tak niczego nie zmieniając byłbym dzisiaj już pewnie na emeryturze, dostawałbym na rękę z 1500 zł i „jakoś”, tak jak większość ludzi, wiązałbym koniec z końcem, narzekając na rząd, polskie drogi, ceny w sklepach. Szukał bym pocieszenia w tym, że inni mają gorzej. Na szczęście tak się nie stało, bo pojawiła się pewna szansa na ciekawsze życie. Jeśli i Ty taką dostaniesz, chwyć ją mocno i już nie wypuszczaj… A było tak: w 1982 r. kupiłem spod lady aparat fotograficzny Zenit TTL. Takie sobie marzenie z dzieciństwa. Lornetka, aparat, rower, wieża stereo – byt kształtuje nawet marzenia… W tym czasie, kiedy mięso i cukier były na kartki, a młode małżeństwa „zapisywały się” w kolejki po meble, udało mi się przywieźć z Łodzi rower (Wagant!). Stałem po niego w gigantycznej kolejce przed „Centralem”, a tłum wepchnął mnie akurat przed stoisko z rowerami, choć chciałem wtedy zdobyć dywan. Aparat, rower, a więc wycieczki w plener i ZDJĘCIA, ZDJĘCIA.
Tak zrodziła się moja pasja fotografowania. Pierwsze zamówienia, „pierwsze arcydzieła” i pierwsze pieniądze. Po dwóch latach „amatorki” zdałem po rocznym kursie egzamin (z najlepszym wynikiem) i dostałem dyplom „Mistrz w zawodzie fotograf”. Tym samym uzyskałem prawo otworzenia własnego zakładu fotograficznego. W roku 1988, czyli po 8 latach pracy w straży pożarnej, podjąłem decyzję, że zwalniam się z państwowej, lukratywnej wówczas posady, bo chcę poświęcić się pracy fotografa. Znowu konsternacja w rodzinie – pukali się w głowę moi rodzice i teściowie, pukali się przełożeni i koledzy w firmie, że o żonie nie wspomnę… Na notorycznych buntowników nie ma jednak sposobu. Do tej pory, pomimo, że miałem już 30 lat, moje życie zawodowe było raczej skutkiem przypadkowych wyborów. Miałem olbrzymi szacunek dla swoich rodziców i wielu życzyłoby sobie mieć takich, jak ja. Nie mam do nich żalu, że nie ukierunkowali mnie na prowadzenie biznesu, bo urodzili się i wychowali w innym systemie niż mamy obecnie. Najczęściej i dzisiaj dla rodziców ważne aby dzieci ukończyły studia i zdobyły tzw. „stałą” pracę. Nie znaczy to jednak wcale, że tak będzie najlepiej dla każdego. Jeśli masz taką właśnie „stałą” pracę to wysil się na proste obliczenie: od swoich miesięcznych zarobków odlicz miesięczne wydatki, biorąc pod uwagę, że dzieci rosną i kosztują coraz więcej, z wiekiem coraz więcej wydasz na zdrowie, dolicz chociaż dwa wyjazdy w roku na urlop z rodziną i odlicz co najmniej 400-500 zł miesięcznej inwestycji na Twoją przyszłą emeryturę, jeśli nie chcesz w wieku 70 lat siedzieć jako portier w jakiejś bramie. Zrób to chociaż raz, ale uczciwie! Zostanie Ci kwota X. Ile Ci zostało? Powiedzmy, że 1000 zł. Masz dziś np. 30 lat, jak ja wtedy, i kiedy pomnożysz te 1000 zł przez 12 miesięcy i przez 30 lat to wyjdzie Ci 360 000 zł. Dużo? Za taką kwotę, mając 60 lat nie wybudujesz ładnego domu, nie mówiąc już o jego wyposażeniu. Jeśli po drodze weźmiesz kredyt, staniesz się przy takich zarobkach niewolnikiem banku do końca życia. Jeśli tak „wygodne” i „spokojne” życie jednak Ci odpowiada, niczego nie zmieniaj. Tylko nie narzekaj! Mnie to kiedyś przeraziło. Wewnętrznie buntowałem się przeciwko takiemu ślizganiu się przez życie. Okazało się, że zmiana wcześniejszego stylu życia i pracy wiele mnie kosztowała, naprawdę wiele, ale dziś jeszcze raz poszedłbym tą drogą, by być tym, kim jestem.
Zapach wolności
Ci, którzy doświadczyli tego co ja, a więc zarówno pracy na etacie, jak i prowadzenia własnej działalności, potwierdzą w większości, że praca na własny rachunek, to nie tylko pieniądze. Jeśli już je zarabiamy.
Ale również poczucie wolności w podejmowaniu decyzji. Mogę, a nie muszę – cudowne uczucie! Przesadna wolność może prowadzić na manowce, lecz ja miałem to szczęście otrzymania dobrego wychowania, a 8 lat na etacie nauczyło mnie m.in. systematyczności i dyscypliny. Mój własny rozum okazał się bardzo wymagającym szefem. Uznałem, że mam podstawy do tego, by prowadzić własną firmę. Tak przynajmniej mi się wydawało.
Kupowałem coraz to nowsze aparaty, obiektywy, urządzałem ciemnię fotograficzną, obrabiałem kolorowe zdjęcia, pracowałem w sezonie komunii po kilkanaście godzin dziennie i mimo wielkiej ilości zamówień nie stałem się bogaty, chociaż na pewno nieźle mi się powodziło. Socjalistyczne lustrzanki jak NRD-owska Praktica, to był sprzęt na miarę moich możliwości finansowych. Marzenie o Nikonie czy Canonie było nierealne. W tamtych czasach naszą wartością pracy rządził przelicznik socjalizm/ kapitalizm, czyli zdewaluowany złoty/dolar. Kiedy od koniec lat 80 pojawiły się w Polsce kamery wideo i zobaczyłem wtedy to cudo wręcz z innej planety, wyzwoliło to we mnie wszystkie pokłady emocji, aby taki sprzęt mieć. Ale za co?! W Pewexie trzeba było dać 1500$! Na rękę zarabiałem więcej niż pracownik etatowy, ale nawet jeśli to było 60$ miesięcznie, to na taką kamerę uskładałbym dopiero po 3-4 latach. Zrobiłem zatem coś, czego wcześniej, jako Polak się wstydziłem. Pojechałem do Istambułu, by kupować i sprzedawać, by robić to, co już robiło wielu Polaków, a więc stać z tureckim towarem na targowiskach w Rumunii, Bułgarii i ZSRR. Koczować na granicach po 2 doby, spać w samochodzie i być akwizytorem. Gdyby nie konkretny cel, nigdy bym się nie przełamał. Kilka takich wyjazdów i kupiłem kamerę. Przy okazji zobaczyłem piękne miejsca, jak Syberia i Kaukaz. Kilka miesięcy po zakupie kamery pojechałem w podróż marzeń: rejs morski przez Władywostok, Szanghaj, Singapur, Bangkok, Indonezję, Filipiny, Nagasaki. Pożyczyłem 700$ na bilet i drugie 700$ na ciuchy z Tajlandii. Podróż miała się zwrócić za kupiony w Bangkoku towar, a okazało się, że zarobiłem 1500$ za nakręcenie filmu dla uczestników wycieczki. Byłem szczęśliwy, bo zarobiłem na tym, co było moją pasją, czyli na fotografowaniu i filmowaniu. Podróże wiele zmieniły w moim postrzeganiu świata. Zobaczyłem miejsca i ludzi, którzy żyją w skrajnych warunkach swojej egzystencji materialnej i duchowej (filipińskie lub indonezyjskie slumsy, Syberia), ale widziałem również przepiękne drapacze chmur i czyste ulice w Singapurze, uśmiechniętych i zadowolonych z życia ludzi w Japonii. Czasami te dwa skrajne światy – bieda i bogactwo – były po dwóch stronach jednej ulicy. Pamiętam takie miejsce w Dżakarcie i Manili. Dobrobyt innych ludzi stał się olbrzymim zastrzykiem energii do zmian w moim własnym życiu. Chciałem też mieć lepszy samochód, a nie 7 letniego Fiata 125p z odzysku. Chciałem, aby moje dzieci stać było na realizację ich marzeń, a naszą rodzinę na to, żeby zamieszkać we własnym domu. Chciałem… Ale jak to zrobić? Otworzyłem mały sklep, potem drugi i trzeci. Minęło następnych kilka lat intensywnej pracy, a wciąż daleko mi było do standardu, który widziałem w czasie podróży. W porównaniu do większości osób z mojej małej miejscowości pod Rzeszowem, żyło mi się lepiej, ale ja już widziałem inny, kolorowy świat nie tylko na szklanym ekranie, lecz w realu! Złościłem się sam na siebie, miotałem, bo przy tak usilnej pracy w swoim własnym biznesie kręciłem się w miejscu.
Droga do wolności
W 1993 r. odwiedził mnie znajomy, zapraszając na spotkanie. Przedstawiono tam system MLM i potężną amerykańską firmę, dzięki której po kilku latach pracy miałem zarabiać miliony dolarów. Z wypiekami na twarzy słuchałem wykładu, potem nie spałem w nocy, myśląc o olimpiadzie w Sydney, gdzie siedzę jako biznesmen.
OBJAWIŁA MI SIĘ TAJEMNICA
– MLM! Następnego ranka ubrałem się w ciemny garnitur, założyłem białe skarpetki i popędziłem zachęcać
wszystkich znajomych do super biznesu. Umawiałem ich na spotkanie z guru tej firmy, u mnie w domu. Guru przyjechał, ale nikt nie przyszedł!
Zatrzymajmy się tu na chwilę.
Podobne rzeczy zdarzają się wielu ludziom. Podekscytowani pomysłem takiego czy innego biznesu, o którym jeszcze niewiele wiemy, pędzimy do znajomych i zderzamy się ze ścianą. Ta ściana to „nie” na naszą propozycję współpracy. Często już po kilku „nie” zaprzestajemy działań. Jeśli przetrwamy kilka „nie” i słyszymy pierwsze „tak”, podskakujemy z radości. Nie dałem za wygraną. „Zasponsorowałem” wiele osób. Ale po pół roku pełnego zaangażowania mój zapał zaczął stygnąć. Miałem wiele osób w strukturze, lecz nie przekładało się to na wyniki finansowe. Pomyślałem, że choć tak mnie ten biznes zafascynował, nie jest to moja droga do sukcesu. Rok później ten sam guru zaproponował mi kolejny biznes MLM. Całkowicie inny produkt – ubezpieczenia na życie. Prawie tak samo podekscytowany, jak kiedyś, ruszyłem zachęcać ludzi do współpracy. Miałem już coś, czego nie można kupić, ani nauczyć się czytając książki – setki usłyszanych „nie”, ale też wiele „tak” – miałem oświadczenie – niewielkie, ale jednak było. Już nie paliłem pierwszych kontaktów, jak rok wcześniej, chociaż była to całkiem nowa, obca dla mnie branża. Musiałem nauczyć się wiele całkowicie nowych zagadnień z zakresu finansów. Wspólne dla tego biznesu było to, co już robiłem przez rok – magiczny MLM i rekrutacje, szkolenia, rekrutacje, szkolenia… Osiągałem znakomite wyniki w sprzedaży, zacząłem bardzo skutecznie i na dużą skalę budować swój zespół i piąć się w górę. Stałem się jednym z najlepszych menedżerów. Zlikwidowałem sklepy, a niedługo potem zakład fotografii i wideo. Postawiłem wszystko na jedną kartę – ubezpieczenia. Pojawiały się coraz większe wypłaty, większe niż wtedy, kiedy miałem firmy tradycyjne. Po dwóch i pół roku nastąpił rozłam firmy, która się podzieliła. Zacząłem wszystko od początku. Ustabilizowane obroty i mnóstwo zarobionych pieniędzy przepadło. Wierzyłem, jak wielu innych, że w tej nowej firmie będzie lepiej. Było, z tym, że dla właściciela… Już po dwóch latach tysiące ludzi czuło się oszukanych. Ja sam mocno odczułem skutki finansowe tej sytuacji. Znalazłem kogoś, kto obiecał lepsze warunki. Wziąłem duży kredyt hipoteczny, by pomóc ludziom i z wiarą podjąłem nowe wyzwanie. Wiara szybko zgasła, kiedy mocno uderzyła we mnie postawa i działanie kilku bliskich mi osób, a firma, której zawierzyłem, nie zachowała się tak, jak można było tego oczekiwać. Wtedy pojawił się u mnie strach, bo jeden kredyt, potem drugi i trzeci, aby spłacić część drugiego. A potem… runęło. Sprzedałem wszystko, co można było sprzedać: rozpoczętą budowę domu z działką, sprzęt fotograficzny, dzieci sprzedawały książki, by mieć na nowe podręczniki. Załamałem się psychicznie i przez kilka miesięcy byłem strzępkiem nerwów. Moja podświadomość pracowała tylko na negatywnych emocjach. To, że wtedy całkiem się nie posypałem zawdzięczam żonie i mojej mamie. Kilka miesięcy pracowałem fizycznie w drukarni u kolegi. Niewielkie pieniądze, ale miałem swego rodzaju terapię zajęciową... Uświadomiłem sobie, że największą karą dla mnie byłoby „musieć” codziennie iść do pracy i mieć świadomość, co mogę do końca życia mieć za zarabiane w ten sposób pieniądze. Albo inaczej – na co nigdy w życiu nie będzie mnie stać. Byłem bankrutem.
Wolność
W 2004 roku po raz pierwszy opowiedziano mi o możliwościach marketingu sieciowego w odszkodowaniach, a w kwietniu 2005 r. dostałem propozycję współpracy z Europejskim Centrum Odszkodowań. Zadawałem sobie wtedy wiele razy pytanie: czy znowu ktoś mnie naciągnie? Podjąłem ryzyko. Uwierzyłem. Nie nazwie czy liczbom, ale ludziom. Na początku rekrutowałem samych nieznanych mi ludzi, wchodząc do multiagencji ubezpieczeniowych, spotykając interesujące osoby na ulicy, w sklepie czy restauracji. Bardzo szybko rosła nowa struktura, ale pierwsze 1200 zł zarobiłem dopiero w piątym miesiącu pracy. To specyfika tej branży. Kiedy już na wiosnę 2006 r. zacząłem otrzymywać 5 cyfrowe wypłaty, zrezygnowałem z innych zajęć i od czerwca 2006 r. zajmuję się pracą tylko dla EuCO. W ciągu pierwszych 18 miesięcy mój zespół oddał 1500 spraw. Od tego momentu, czyli od grudnia 2006 r. jestem dyrektorem generalnym. Dzisiaj 1500 spraw to wynik, który pojawia się w mojej strukturze w półtora miesiąca pracy. Razem z moim zespołem osiągamy blisko 50% obrotu tej największej firmy odszkodowawczej w Polsce i oddaliśmy już ponad 18 000 spraw. W ciągu tych kilku lat poznałem całkiem nowe osoby z terenu całego kraju. Wśród nich są już samodzielnie i świetnie pracujący dyrektorzy, menedżerowie, są czołowi agenci firmy. MLM to cudowne narzędzie, które każdemu pozwala osiągać to, na co naprawdę zasługuje, a nie to, co ktoś inny zechce mu dać. 80% obrotu mojej struktury nie wymaga już tego, abym czynnie w tym obrocie uczestniczył, a więc mam to, czego większość oczekuje, rozpoczynając pracę w MLM – pasywne dochody. Kiedy w ubiegłym roku przez trzy miesiące wyłączyłem się w ogóle z pracy, opiekując się moją umierającą mamą, obroty mojej struktury wzrosły w tym czasie kilkadziesiąt procent. Tak działa MLM, ale tylko wtedy, kiedy na to zasłużymy wcześniejszą pracą. Teraz czuję się, jak pilot szybującego wysoko samolotu, który może na długo włączyć autopilota i zdjąć ręce ze sterów. Może wtedy odpocząć, popatrzeć w dół i przed siebie i poczuć się wolnym, jak ptak… Na to przyjemne uczucie trzeba jednak solidnie zapracować. Aby pociąg sapędzany lokomotywą ruszył, wiele potu musi wylać maszynista, wrzucając węgiel do kotła. Pilot samolotu zanim zasiądzie za sterami, wiele lat uczy się tego zawodu. Zachwycają nas wirtuozi muzyki, którzy z łatwością wydobywają dźwięki z instrumentów, podziwiamy sportowców, którzy z lekkością pokonują płotki. Za tą lekkością czy wirtuozerią zawsze kryje się wiele wyrzeczeń i pracy. Ludziom biznesu częściej zazdrościmy niż ich podziwiamy, zwłaszcza wtedy, kiedy sami nie robimy nic ponadto minimum, ulegając tzw. małej stabilizacji.
Mówią o mnie, że jestem człowiekiem sukcesu, że jestem w ścisłej czołówce w polskim MLM. Ale tak naprawdę, ja dopiero zaczynam. Jeszcze 4 lata temu nie miałem NIC, mając „aż” 47 lat. Dziś mieszkam we własnym, wygodnym, komfortowym domu. Córka ma mieszkanie. Jeżdżę luksusowym autem, realizuję swoje pasje, jak choćby górskie wędrówki i fotografia. Stać mnie na najdroższe aparaty i obiektywy, a kiedy wchodzę po ciuchy do markowych sklepów, nie muszę patrzeć na cenę, kiedy chcę kupić to, co mi się podoba. To efekt TYLKO PIĘCIU LAT pracy w firmie, która spełnia trzy podstawowe warunki: ma świetny produkt, jest firmą MLM i wypłaca prowizje…
Co zatem robić, by osiągnąć swój sukces w MLM?
Nie życzę nikomu takich przejść biznesowych, jakie mnie spotykały. Wielu po takich upadkach już by się nie podniosło, ale ktoś mądry powiedział, że sukces to jeden raz więcej powstać, niż się upadło. Upadałem wiele razy, ale dzięki temu jestem mądrzejszy, dojrzalszy i silniejszy. Na pewno popełnisz mniej błędów w swoim biznesie, kiedy będziesz słuchał rad tych, którzy już sukces osiągnęli, a nie swojego otoczenia, które szybko sprowadzi Cię do parteru. Zwłaszcza, kiedy powiesz, że masz pomysł na biznes w MLM. Może ktoś Cię wyśmieje, może niejeden raz, ale to jest jego problem. Włóż w Twój biznes MLM serce, wiarę, zaangażowanie, wytrwałość i zdobytą po drodze wiedzę, a uśmiech kumpla sprzed lat zmieni się w podziw, choć w naszej polskiej rzeczywistości, częściej w zazdrość. Tak naprawdę, wraz z Twoim rozwojem, nie tylko finansowym, ale również nieuchronnie po drodze z osobistym, zmieni się całkowicie krąg Twoich znajomych. Co pewien czas inny już byt będzie kształtował Twoją świadomość. Ten proces nigdy nie ustanie, jeśli Ty nie zatrzymasz się w miejscu. Żyjemy w świecie coraz szybszych przemian i jedyne, co jest pewne, to zmiana. To my musimy się zmieniać, a nie oczekiwać, że świat zmieni się dla nas. Skoro Bóg dał każdemu z nas „talent”, którym jest nasze życie, pomnóżmy ten talent, doskonaląc siebie i dając innym część tego, co sami osiągniemy.
MLM – idealny sposób na wolność
Idealny, bo nie potrzeba milionowych kapitałów, by zarobić miliony. Idealny, bo nie ma tu klasycznego ryzyka biznesowego – najczęściej dostajesz sprawdzony produkt i markę firmy, która pomoże Ci rozwijać się nieograniczenie. Idealny, bo możesz, a niczego nie musisz. Masz wybór – na rynku są tysiące firm i cały czas powstają nowe, które chcą budować swoją pozycję poprzez sprzedaż w MLM. Ludzie różnią się w swoich upodobaniach i mimo wielu wspólnych cech wszystkich firm MLM, każdy musi wybrać sobie taki produkt do sprzedaży, do jakiego sam jest przekonany. Jeśli ktoś pokazuje Ci możliwości zarobienia 3 000 zł, 30 000 zł, 300 000 zł na miesiąc, to pewnie jest to możliwe, ale warto czasem przed decyzją zobaczyć na żywo chociaż jednego człowieka z tej firmy, który już to osiągnął. Jeśli realne wydaje Ci się zarobienie 30 000 zł na miesiąc, to może należy sobie zadać pytanie, ile osób potrzebujesz w strukturze, aby te pieniądze zarobić? Wtedy ocenisz, ile pracy Cię czeka.
Teoretyczny przykład:
1. Produkt do sprzedaży kosztuje 100 zł. Średnia marża, która jest dla Ciebie ze struktury, to 8%. Z jednej sprzedaży masz zatem 8 zł. Aby zarobić 30 000 zł potrzebujesz 3750 aktywnych osób w strukturze.
2. Produkt do sprzedaży kosztuje 5 000 zł. Średnia marża, która jest dla Ciebie ze struktury, to 8%. Z jednej sprzedaży masz zatem 400 zł. Aby zarobić 30 000 zł potrzebujesz 75 aktywnych osób w strukturze.
Pierwszy przykład, co prawda bardzo uproszczony, dotyczy większości firm MLM, gdzie jednostkowa cena sprzedaży na dystrybutora jest niewielka. Top liderzy takich biznesów w Polsce mają po kilkadziesiąt tysięcy osób w strukturach, a liderzy światowi po kilkaset tysięcy, więc wszystko jest możliwe. Drugi przykład to MLM w EuCO. Po pierwsze, od klienta nie potrzebujemy pieniędzy. Dopiero po wygranej sprawie odliczymy dla siebie uzgodnione honorarium, które średnio wyniesie ok. 5 000 zł. Nie potrzebujemy zatem do zarobienia kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie, kilkudziesięciu tysięcy współpracowników. W moim zespole pracuje kilkaset osób, robiących obrót blisko 500 spraw na miesiąc. W tej branży jednak liczy się zawodowstwo już na poziomie każdego agenta (dystrybutora). Kiedy zatem planujesz zmienić znacząco swoje życie finansowe, zrób to z MLM – masz idealne warunki. Musisz jednak zostać zawodowcem i musisz to polubić. Wszystko, co do tej pory przynosiło mi znakomite wyniki, robiłem z pasją. Jeśli kiedyś o swojej pracy powiesz: „kocham to co robię i jeszcze mi za to płacą”, osiągniesz na pewno sukces.
Marek St Prucnal Dyrektor Generalny EuCO Tel. 513 188 900
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
www.wypadki.org.pl
|